Notice: Undefined index: HTTP_REFERER in /storage/ssd5/427/1552427/public_html/include/licznik.php on line 14

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /storage/ssd5/427/1552427/public_html/include/licznik.php:1) in /storage/ssd5/427/1552427/public_html/include/licznik.php on line 56
Grzegorz Kocyk - Między Pilicą i Radomką (Zapilcze)

Relacja Karaś Stanisława


     Miałam dziewięć lat kiedy wyjechaliśmy na Kresy. Dlaczego tam pojechaliśmy? Ojciec mój miał sześć mórg ziemi, a dawniej rodzice mianowali dzieci morgami. Pamiętam zawsze jak ojciec mówił do mamy: mamy sześcioro dzieci i sześć mórg ziemi. Damy każdemu po mordze a my nie będziemy mieli nic. Chciał więc powiększyć gospodarstwo. Szukał w gazetach no i w końcu wyczytał, że hrabina gdzieś na Kresach, parceluje majątek i sprzedaje ziemię. Ojca to zachęciło tym bardziej , że miał brata, który za zasługi w czasie I wojny światowej otrzymał ziemię blisko rosyjskiej granicy w okolicach Wołkowyska i Baranowicz. Ojciec był gospodarzem i zachęcony tym ogłoszeniem powiedział do mamy: ja bym tam pojechał i zobaczył jaka to ziemia i po ile ją sprzedają. No i pojechał. I podobało mu się. Na miejscu zamówił gospodarkę o powierzchni 11,5 hektara. Wszystko tam opłacił, obłatwił z zarządcą Komarewiczem, dziedzicem Łętowskim i hrabiną Heleną Ślizień. Po powrocie zebrało się jeszcze paru gospodarzy i wyrazili chęć aby tam pojechać. Po zakupie gospodarki wyjechaliśmy tam w listopadzie 1937 roku. Miejscowość w której zamieszkaliśmy nazywała się Stare Dziewiątkowice powiat Słonim gmina Nowe Dziewiątkowice (dziś Białoruś) To co ojciec wypracował lokował w nasze nowe gospodarstwo. Postawił stodołę, budynek gospodarczy a mieszkanie zamówił na maj u Białorusina. Dom zamówił później bo hrabina każdemu kto kupił od niej ziemię dawała na dwa lata możliwość zamieszkania. Przez te dwa lata trzeba było się urządzić.

     Później w 1939 roku wybuchła wojna. Widziałam nasze wojsko: było to przed 17 września. hrabina pojechała do Nowych Dziewiątkowic do brata męża, Waldemara Śliźnia. Siostra zaś była za hrabią Czarneckim. Gdy wróciła przyjechało z nią Wojsko Polskie. W 19 hektarowym parku byli tam ze trzy dni. W pałacu siedzieli oficerowie, jedli tam śniadania i obiady. Szeregowi z parku kupili ze wsi jałówkę i w ten sposób zabezpieczyli sobie jedzenie. Później gdzieś poszli. Gdy wstaliśmy rano wojska już nie było . Na początku wojny wiedzieliśmy tylko tyle, że Niemiec wypowiedział wojnę Polsce. Niektórzy ludzie zaczęli uciekać. Nawet hrabina o której mówię chciała wyjechać. Pamiętam jak jechała wozem drabiniastym na którym była cała moc różnych pakunków i tobołów. Mieli kierować się bliżej rosyjskiej granicy. Niemcy jednak podchodzili do miejscowości Różan. Dnia 17 września wkroczyli Rosjanie i wszystko się zatrzymało. Niemcy do nas nie dotarli.

     Gdy do nas weszli Rosjanie, zaczęli mścić się na Polakach. Może nie tyle sami Rosjanie ile zamieszkujący te tereny Białorusini. Jeden z przykładów: Gdy ojciec jechał do Słonimia na targ a Słonim był wtedy miastem powiatowym, w lesie przy drodze zakopany był po szyję Polak, który bardzo wołał o pomoc. Ale żadnej pomocy nie można było mu udzielić bo na drzewie siedział strażnik i nie pozwalał dać mu ratunku. U nas jeszcze nie było tak strasznie jaka na Ukrainie. Nasza sąsiadka pani Popławska, chyba Helena miała na imię, opowiadała że w czasie wojny jej syna Ukraińcy przecięli piłą. Na naszym terenie przede wszystkim znęcano się nad bogatymi za to że biedny naród się rozrastał a cała ziemia należała do hrabiów ale o takich rzeczach jak na Ukrainie nie słyszałam. Hrabinie Ślizień zabrano pałac i zamieszkali tam młodzi komuniści. Zostawili ją w jedne tiulowej sukience. W końcu zabrał ją do siebie hrabia Bogdanowicz. Też nie miał rodziny. Miał dwór, wielką pasiekę i handlował miodem.

     Z Dziewiątkowic Rosjanie wywieźli nas 10 lutego. Ojciec wstał bo słychać było skrzypienie na mrozie, szczekały psy, ktoś rozmawiał. Szyby były zakute mrozem więc nachuchał i zobaczył że coś się dzieje bo jest dużo koni. Gdy odszedł od okna zastukali do drzwi; wszedł rosyjski żołnierz z białoruskim tłumaczem. Powiedzieli że mamy 30 minut na spakowanie. Możemy zabrać ze sobą 30 kilogramów pakunku. Rosjanin kazał wyjść tłumaczowi i zawołał drugiego żołnierza. Gdy wszedł zamknął drzwi na haczyk i nikogo już nie wpuścił. Pomagał nam się pakować. To był bardzo dobry człowiek. Na każdą rodzinę przeznaczone były 1 sanie. My dzięki niemu odjechaliśmy na trzy sanie. Zabraliśmy nawet 10 tafli mydła ze stodoły. Mnie i siostrę wziął do siebie, okrył nas kożuchem, okręcił nam nogi abyśmy nie zmarzły. Ciężko było wytłumaczyć dlaczego nas ten Rosjanin tak dobrze potraktował. Dostarczono nas do Słonimia, na stację kolejową. Sąsiad Niekrasz był już wcześniej i gdy nas zobaczył zawołał nas do wagonu. Rosjanin, który nas eskortował, pozwolił abyśmy byli razem . W wagonach były porobione prycze, były piecyki tzw. cygany. Wieźli nas 2 tygodnie pociągiem a później dwa tygodnie sańmi. Z naszego wagonu nikt nie zmarł ale w innym zmarło dziecko. Rodzice pochowali je w śniegu przy torach. W naszym wagonie był sąsiad Niekrasz z 6 osobową rodziną, my i chyba jeszcze ze trzy wielodzietne rodziny. Wyładowano nas w Wołogdzie. Z Wołogdy do miejsca gdzie mieliśmy być wysiedleni było 350 km. Żołnierz nas ostrzegł aby nic nie zdawać na tzw. bagaż bo do nas nie wróci. Wszystko ze sobą więc zabraliśmy; i pościel i kaszę i słoninę. Żołnierz opiekun dowiózł nas do samego końca. Zawsze go wspominam a mama nawet modliła się aby przeżył wojnę. Osadzili nas na Syberii, miejscowość Posiołek Świetło Babuszinski rejon, Halinski sielsowiet , Wołgodzkaja obłaść. Były tam baraki. W każdym rogu budynku była jedna rodzina. Jeden z rogów zajmowaliśmy my a pozostałe Wysoccy, Tkaczykowie i Kocimscy. W środku stał piecyk. Rodzina Tkaczyków prawie cała wymarła a było ich dziewięcioro- została tylko 1 córka. Kocimskich było troje mieli tylko jedna córkę Marysię. Wysoccy mieli dwoje dzieci. Ogółem rodzin było gdzieś około pięćdziesięciu. W pobliżu naszego Posiołka Świetło była jeszcze osada Mikołajewska do której szło się obok osady Jewriejskij Ług. Ta osada była przeznaczona w czasie I wojny dla Żydów. Wszyscy wywiezieni w te rejony musieli pracować w lesie. Prowadzili wyrąb lasu a później 1 maja spławiano drzewo rzeką Wołogda. Za pracę otrzymywano jedzenie: ci którzy nie wyrabiali tzw. normy dostawali dziennie 500gram chleba a jeśli ktoś normę wyrabiał otrzymywał 600 gram chleba, kaszę i zupę. Podczas tych prac zmarło wiele osób. Były tam cmentarze jeden w Posiołku a drugi 18 kilometrów dalej. Nowych ludzi nie dowożono poza dwoma paniami, które zaczęły rodzić w wagonie jeszcze w Słonimie. Wtedy pozwolono im tam zostać i dojechały do nas po miesiącu.

     Posiołka pilnował 1 policjant o nazwisku Szyrokow i NKWDzista, wojenkomand Rebinczykow. Matka miała krzyż i jemu się ten krzyż się nie podobał. Zawsze mówił Mazur wybroś Krist; żeby mama wyrzuciła krzyż a mama zawsze mu mówiła po polsku: nie wyrzucę bo ja się w tej wierze urodziłam i w tej wierze zginę. On do końca nie rozumiał i może myślał że go mama posłuchała. Za jakiś czas przyszedł i znów czepiał się krzyża. W końcu powiedziała mu że jak mu przeszkadza niech swoją własną ręką wyrzuci bo ona go nie wyrzuci -nie ma mowy . Pani Wysocka doradzała mamie żeby schować na chwilę krzyż, on pomyśli że jest wyrzucony i da nam spokój. Mówiła do mamy: ma broń przy sobie i może panią zastrzelić bo to taki NKWD-zista z krwi i kości. Mama wtedy jej odpowiedziała; pani Wysocka, jak ja bym mogła wziąć i schować ten krzyż, jak to jest cała nasza podpora co tu modlimy się do niego. Nie wyrzucę krzyża!Niech mnie nawet zastrzeli –nie wyrzucę! Któregoś dnia znów przyszedł i znów ta sama śpiewka: Mazur wybroś Krist . Mama wtedy prała. Wstała od tego prania, wytarła ręce i z całej siły złapała za tego NKWDzistę za rękę, szarpnęła żeby własną ręką wyrzucił. Nie spodziewał siętego; tak się przestraszył, że więcej nie przyszedł.

     Gdy generał Anders organizował wojsko, człowiek o nazwisku Baka z naszej osady zostawił rodzinę i został żołnierzem. Rosjanie złościli się i mówili że gdyby został, zawsze by im pomógł. Zostało ich pięcioro z czego zmarło czworo. Rosjanie byli tak zahartowani że nie umierali. Jedna tylko Rosjanka utonęła. Mój brat poszedł do Andersa i walczył później pod Monte Cassino. Do wojska poszli też dwaj synowie z rodziny Iskrów. Po wojnie przysłali wizy swoim bliskim aby wyjechali z Rosji. Po wizę do USA czy do innego kraju trzeba było iść do Moskwy. Iskra poszedł po tą wizę. Najpierw pieszo 350 km do Wołogdy a później pociągiem. Gdy tam dotarł podbił ją i wszystko załatwił, ktoś go podstępnie upił, zabrał wizy i wyjechał na jego i jego rodziny konto. Później my dostaliśmy wizę do Polski. Dostaliśmy ją w lutym a w maju skończyła się wojna.

Relację spisał Grzegorz Kocyk

www.000webhost.com
Ostatnia aktualizacja strony: 2017/05/8Kopiowanie materiałów jedynie za zgodą autora!Created by: Hubertus