Notice: Undefined index: HTTP_REFERER in /storage/ssd5/427/1552427/public_html/include/licznik.php on line 14
Grzegorz Kocyk - Między Pilicą i Radomką (Zapilcze)

Relacja Sitnik Stanisława


     Urodziłam się w 1925 roku w Żuchowiczach Małych powiat Stołpce województwo Nowogrodzkie. Tata jako młody człowiek po I wojnie światowej był w wojsku ochotnikiem i walczył o granice Polski. Służył w piechocie, był między innymi w Rydze. Jego przyjacielem był Michał Ślizień młody chłopak, wywodzący się z polskiej szlachty. Gdy walka się skończyła, pojechali w jego rodzinne strony. Matka Michała chciała aby tata pozostał i nie wracał do Przewozu. W związku z tym dała mu gospodarstwo. Tam tata zapoznał moją mamę. Mama pochodziła z miejscowości Zaścianek Mikulicze koło Nieświeża. Był tam zamek Radziwiłłów zamieniony teraz na sanatorium. Jako, że tacie należała się działka wojskowa, miał wszystkie papiery i był do niej uprawniony skorzystał z okazji i kupił ją od pochodzącego z Krakowa Jasieniaka. Było to w osadzie Husaki. Mieliśmy 15 hektarów ziemi. Przebywaliśmy tam ok. 3-4 lata. Później z Husaków wywieźli nas sowieci.

     17 wrzesień 1939 roku to była niedziela –przez osadę jechały sowieckie czołgi, jeden za drugim, że nie można było przedostać się na drugą stronę. Stanęłam przy drodze i patrzyłam się. Wtedy jeden z Rosjan powiedział do mnie –dziewuszka u was siewodnia woskriesienie? Ja mu odpowiedziałam nie, u nas niedziela. Gdy sowieci wkroczyli to miejscowi ludzie Białorusini nad nami się znęcali. Od tego czasu my już w domu nie spaliśmy. Ja mama i moja siostra spaliśmy w kupkach siana a tata i brat, też gdzie indziej, tzn. w grządkach, na polu z ziemniakami. Tak było aż do mrozów. Gdy rok szkolny zaczął się, rodzice odwieźli nas, mnie i brata Edmunda do Nieświeża, do szkoły Byliśmy tam aż do Bożego Narodzenia. W samą Wigilię przyszli miejscowi i zabrali tatę, za to, że oddał komuś na wieś młodą źrebiczkę. Siedział zamknięty w piwnicy u sąsiada. Spędził tam całą wigilię. Gdy następnym razem przyjechałam na ferie do domu, mamusia zachorowała na reumatyczną chorobę. Po feriach brat pojechał do szkoły. Ja, mimo, że mieliśmy służącą, zostałam aby opiekować się mamą. 10 lutego 1940 roku, rano służąca wyszła na podwórko i szybko wpadła do mieszkania i powiedziała, że wiele furmanek (sań) jedzie drogą. I zajechali do nas. NKWDzistów było po dwóch, trzech na gospodarstwo. Rodzice leżeli jeszcze w łóżku –kazali więc im wstać. Gdy wstali, żołnierze stanęli na środku mieszkania z bronią u nogi i odczytali dekret. Powiedzieli: macie godzinę czasu na spakowanie, możecie wziąć piłę i siekierę. Oprócz najpotrzebniejszych rzeczy mama zabrała ze sobą maszynę do szycia. Mieliśmy całe gospodarstwo: konie, krowy, świnie i to wszystko musieliśmy zostawić. Cały dobytek życia moi rodzice musieli zostawić. Służąca płakała też chciała jechać ale oni powiedzieli jej tak: dziewoczka tiebie budiet łutsze –dziewczyno tobie tu będzie lepiej. Tata założył swoją kobyłkę i jechaliśmy do stacji Horodziej. Na stacji Horodziej staliśmy cały tydzień. Wagony towarowe były już podstawione. Cały czas zbierali i dowozili ludność. Raz na dzień przychodzili Rosjanie, otwierali wagony i mówili wychadi. Mi raz powiedzieli dziewuszka ty siebie poguliaj – czyli sobie pospaceruj. Blisko stacji mieszkali znajomi-ja tam poszłam i poprosiłam aby powiadomili naszych bliskich a przede wszystkim brata mamy, że nas wywożą. Wróciłam wtedy z powrotem do wagonu. Mogłam nie wracać ale wróciłam bo nie chciałam się odrywać od rodziców. Gdy pociąg ruszył jechaliśmy dosyć długo. Ostatnia stacja była koło Archangielska. Z wagonów nas nie wypuszczano. Ludzie zrobili więc dziurę w podłodze, zasłonili jakimiś szmatami i można było się załatwić. Był smród i wszawica-coś okropnego. Do spania służyły drewniane nary. W naszym wagonie zmarło jedno dziecko. To dziecko zabrali Rosjanie i wyrzucili przez okno. Na końcowej stacji były podstawione sanie. Jedne sanie przypadały na jedną rodzinę. Na miejsce dowieźli nas tymi saniami. Najgorzej miały dzieci –okrywano je jakimiś ubraniami ale tych nie było za dużo. Gdy jechaliśmy one bardzo marzły. Co pewien czas strażnicy krzyczeli ostanawiś. Stawali i wyrzucali martwych ludzi w śnieg. W końcu dojechaliśmy do miejscowości Uczastok Kazkowo, Robdzinski Rajon, Archangielskaja Obłaść, póżnniej do Uczastok Siewiernoje koło Kriwoje. Tam były bardzo długie baraki - pozostałość po tych co wcześniej pracowali przy wyrębie w lesie. Miejscowi ludzie, którzy mówili o sobie lesoroby, byli bardzo do nas uprzedzeni. NKWD -dziści powiedzieli im aby się nie spotykali z Polakami bo są to zbrodniarze i złodzieje. W lesie ci Rosjanie, którzy tam pracowali bardzo od nas stronili bo myśleli że jesteśmy zabójcami. Po pewnym czasie kiedy się do nas przekonali opowiadali nam jaką propagandę nam robiono. Żyli tam też ludzie, którzy przez całe życie nie widzieli np. jabłka - pamiętam właśnie taką staruszkę. W barakach na środku stał stół i wokół niego dwie lawy. Były też łóżka- pozbijane deski po prostu prycze. Każda rodzina zajmowała sobie łóżka. Jak nas było czworo to dla nas było dwa łóżka –ja z siostrą jedno a rodzice drugie. Wszędzie było bardzo dużo pluskiew. Najwięcej było ich rano –aż czerwono. Mama gotowała więc wodę i wylewała wrzątek na to robactwo. Obozem kierował komendant. Rano była zbiórka a po niej szło się do pracy w lesie. Codziennie trzeba było się meldować. Był tam rygor –kiedy mama poszła na jagody i nie zameldowała tego, komendant kazał od razu iść do starszyny czyli jeszcze wyższego komendanta w Kriwoje, żeby powiedziała gdzie była. Mieliśmy kozę którą mama kupiła od miejscowych za maszynę do szycia. Kiedy poszła do starszyny, koza poszła z bekiem za nią przez drzwi. Komendant zapytał dlaczego ty wzięła kozy a mama powiedziała, że nie mogła ich odpędzić. To go rozbawiło. Kozy spowodowały, że komendant nie zastosował kary. W obozie zmarło wiele osób. Jeden z naszych, dużo palił i przyszedł do mamy aby jeśli ma, dała mu tytoń a on da chleb. Mama nie miała tytoniu. Poszedł więc na wieś do miejscowych, dał chleb, wrócił i zmarł. Zmarli też Urban, Żyburt, Kozak Witold i wielu innych. Pozostał tam po nich wielki cmentarz. W trakcie prac w lesie, kiedy przyszła zima, nasza młodzież chodziła do miejscowych i podbierała im ziemniaki. Na koniec kija mocowali gwóźdź i z kopca wyciągali po jednym ziemniaku. Po pewnym czasie zostali złapani i zamknięci w więzieniu. Z więzienia nie wrócili. Ja miałam czternaście lat i pracowałam a siostra miała 11 i jeszcze nie pracowała. Cały czas była wycinka lasu i wywózka drewna. Ja z mamą odznaczałyśmy drzewo. Raz nawet o mały włos się nie utopiłam. Wyrąb drzewa był około 7 kilometrów od baraków. Najpierw trzeba było naciąć drzewa . Jak drzewo dowieźli do drogi, podstawiano sanie i ładowano je na kilka metrów wysoko. Na trasie przejazdu wyżłobione były dwa rowki na szerokość sań. W nie nalewano wodę aż zamarzła i po tym się jeździło. Całość ciągnął jeden koń, aż do brzegu rzeki o nazwie Puja dopływu Wagi. Tam je zrzucano. Aby można było się przebrać, zbudowane były domki na tratwach. Spławianie drzewa z Puji do Wagi to była okropna praca tzn. bardzo ciężka . Butów w większości nie mieliśmy - zamiast nich chodziliśmy w łapciach z brzozowego łyka. Były straszne komary i muszki. Jeśli chciało się siąść i odpocząć, trzeba było palić ognisko żeby je odstraszyć. Powszechny był głód. Jedzenie dawali na stołówce. Jak padł koń to było mięso. Zazwyczaj było 40 dkg chleba. Wiele osób chorowało na kurzą ślepotę. Żeby się ratować ludzie jedli pokrzywę, lebiodę i miazgę z młodych sosenek. Zimą przylatywały wielkie stada małych ptaszków, które Rosjanie nazywali je Kleściki. Chłopaki robili pętelki i je łapali. Czasami łapali wrony. Jedynie latem było dużo jagód i grzybów. W niedziele jak nie było co jeść, chodziliśmy do miejscowych i żebraliśmy o jedzenie.

     Kiedy Sikorski zawarł przymierze ze Stalinem w 1941 roku, przyjechało do nas trzech wojskowych. Odczytali nam takie mniej więcej słowa: będziecie wolni, nie będzie nad wami komendantów i każdy może pracować gdzie chce. Wtedy mama dogadała się z kimś z pobliskiej wsi. W szkole potrzebna była woźna i poprosiła aby ją tam wziąć do pracy. Zamieszkaliśmy w domu popa –jego już w nim dawno nie było. Mama zapisała nas do szkoły. Ja powtórzyłam siódmą klasę a siostra piątą. Dlatego umiem po rosyjsku dobrze czytać i pisać. Od tego momentu zaczęły docierać do nas paczki – wysyłał je brat mamy. Jedną z paczek przysłały mi koleżanki Żydówki z Nieświeża. Złożyły się i przysłały mi żywność. Później tata dostał się do pracy do rybołówstwa. Było tam duże jezioro. To i ja tam pracowałam. Jak Wanda Wasilewska formowała armię to tata został do niej wzięty. Mama spakowała tatę i dała mu chleb na drogę . Zawsze był ususzony kawałek chleba na czarą godzinę. Tobołek z ubraniami niosłam ja na plecach. Pieszo, 75 km odprowadziłam tatę do Robdino. Tam rozstaliśmy się. Za jakiś czas, może za rok przewożono nas do miejscowości Sumy na Ukrainie (Sumskaja Oblaść). Kiedy tak jechaliśmy, na jednej ze stacji nasz pociąg zatrzymał się i odstawiony został na bocznicę kolejową, żeby przepuścić jakiś transport. Wtedy ludzie wyszli z wagonów, nazbierali patyków na ogień i przy torach gotowali wodę. Byłyśmy i my przy torach gdy przejeżdżał pociąg, który przepuściliśmy. Patrzymy i ku naszemu zaskoczeniu, widzimy jak tata patrzy na nas z przejeżdżającego wagonu. To nasi ojcowie, żołnierze, jechali walczyć w Polsce. Po latach kiedy rozmawialiśmy, tata mówił, że trzeba było zostawić te wszystkie garnki i wskakiwać do pociągu wojskowego – wtedy bylibyśmy u siebie, a tak jeszcze dwa lata siedzieliśmy na Ukrainie i pracowaliśmy w cukrowni. Będąc na Ukrainie nie mieliśmy łączności z tatą. Do domu wróciliśmy w 1946 roku. Jechaliśmy pociągiem przez Łódź a później do Radomia. W Radomiu mama wysłała telegram czy pocztówkę do taty na Przewóz, że jedziemy. Wracała z nami jeszcze jedna rodzina. Nazywali się Iwaszko. Mąż pani Iwaszko pracowali w Warszawie na Służewcu i my z nimi wysiadłyśmy i przyjechałyśmy do Warszawy do nich. Z Warszawy mama dotarła do Przewozu. Ale taty nie było bo szukał nas w Radomiu…Mama i tata szukali się wzajemnie. Spotkali się wreszcie w drzwiach któregoś z pociągów.

     W stronach z dziecinnych lat jest pochowany mój brat , który zginął w partyzantce. Na Syberię nie pojechał bo kiedy były u nas wywózki on wtedy był w szkole. Pochowany jest w miejscowości Mikulicze. Brat miał na imię Edmund i 16 listopada 1942 roku wstąpił do polskiego oddziału partyzanckiego im „Szczorsa”. Zginął 30 czerwca 1944 roku. Jego kolega opowiedział mi o okolicznościach śmierci. Dowódca wysyłał żołnierzy po żywność. Edmund zgłosił na ochotnika bo dobrze znał okolicę. Gdy wyszli z lasu na pole –zobaczyli to Niemcy, puścili serię i go zabili.

Relację spisał Grzegorz Kocyk

www.000webhost.com
Ostatnia aktualizacja strony: 2017/05/8Kopiowanie materiałów jedynie za zgodą autora!Created by: Hubertus