Notice: Undefined index: HTTP_REFERER in /storage/ssd5/427/1552427/public_html/include/licznik.php on line 14
Grzegorz Kocyk - Między Pilicą i Radomką (Zapilcze)

Przyczółek warecko-magnuszewski



Mord na GrzybowszczyĽnie w sierpniu 1944 roku.

     Pod koniec lipca 1944 roku wiadomo było, przynajmniej dla części mieszkańców Zapilcza, że Rosjanie zbliżają się do Wisły. Niemcy z poważną możliwością wkroczenia Armii Czerwonej na te tereny nie liczyli się. Informacje które posiadali wskazywały, że możliwy desant, z dużą dozą prawdopodobieństwa nastąpi w innym miejscu. Pomimo to, osoby zamieszkujące nadwiślańskie miejscowości zmuszane były do kopania linii okopów w sąsiedztwie rzeki. Prace nadzorowały tylko nieliczne oddziały niemieckie. Jakież było ich zaskoczenie gdy pierwszego sierpnia 1944 roku, duże ilości wojska radzieckiego rozpoczęły przeprawę i zaczęły tworzyć przyczółek, zwany póĽniej przyczółkiem warecko - magnuszewskim.

     Tak szybkiego rozwoju wypadków nie spodziewali się też tutejsi mieszkańcy. Z niedowierzaniem patrzyli na całe rzesze wojska rosyjskiego zajmujące bez większych przeszkód teren i przygotowujące możliwe linie obrony. Kolejne dni sierpnia nie przynosiły znaczących starć miedzy walczącymi stronami. Dopiero sprowadzenie dwóch niemieckich dywizji pancernych rozpoczęło zażarte walki o ten niewielki skrawek ziemi między Radomką i Pilicą.

     W obawie przed dużymi stratami wśród ludności cywilnej, nakazywano ewakuację za Wisłę. Dotyczyło to w dużej mierze wszystkich, którzy znaleĽli się na wschód od szosy Warka Kozienice(znajdujący się na zachód od tej szosy zazwyczaj uciekali w okolice Radomia). Pakowano więc na wozy cały dobytek, który można było ze sobą zabrać. Nie posiadający podwody brali ze sobą to co mogli unieść na własnych plecach. Czego nie dało się wywieĽć, zazwyczaj zakopywano w pobliżu obejść. Następnie całe rodziny udawały się w kierunku Magnuszewa z zamiarem przekroczenia Wisły i uchronienia się od śmierci. Odległość np. z Grabowa nie była zatrważająca; wynosiła bowiem około 17 kilometrów. Istniała więc realna szansa na wyjście z rejonu przyszłych walk i ocalenie życia. Najkrótsza droga wiodła przez Dziecinów - Grzybowszczyznę. Tam też z upływem czasu w powolnym marszu na wschód zgromadziło wiele rodzin wraz z dobytkiem. W przeciwnym kierunku udawały się natomiast pojedyncze grupki żołnierzy radzieckich.

     Śmierć przyszła niespodziewanie. Na niebie z wielkim warkotem pojawiły się klucze niemieckich samolotów szturmowo-bombowych. Ludzie z przerażeniem patrzyli na czarne punkciki, odrywające się od ich kadłubów, zmierzające w kierunku ziemi. Stawały się coraz większe; zbliżały się coraz szybciej, po to by za chwilę z wielkim hukiem siać śmierć i zniszczenie. Tylko nieliczne bomby upadły daleko od uciekinierów....

     Krajobraz po nalocie był makabryczny. Wszędzie leżały straszliwie okaleczone ciała zamordowanej ludności cywilnej. Wśród nich porozrzucane fragmenty skromnego dobytku i martwe zwierzęta gospodarskie. Relacje świadków mówią o bardzo dużej ilości ofiar. Dokładna ich liczba na dzień dzisiejszy jest trudna do ustalenia. Podobny los spotkał mieszkańców okolicznych miejscowości miedzy innymi Łękawicy.

     Jeszcze dziś, pomimo upływu czasu można odnaleĽć miejsca gdzie przed 61 laty rwały się bomby lotnicze niosąc za sobą wiele cierpienia umęczonej ludności Zapilcza.

     Na początku sierpnia 1944 roku wojska radzieckie, ku zaskoczeniu wroga zdobywają przyczółek na lewym brzegu Wisły. Rozciąga się on od Pilicy do Radomki. Aby go zlikwidować, Niemcy przerzucają w ten rejon znaczne ilości czołgów w postaci : spadochronowo pancernej dywizji “Hermann Göring (ok. 140 czołgów i 90 pancernych) oraz Dolnosaksońskiej 19 dywizji pancernej ”( ok. 90 czołgów i 40 dział pancernych). Do walki z tymi doborowymi jednostkami, skierowani zostają Polacy z 1 Brygady Pancernej (ok.86 czołgów). Obydwie walczące strony wspierają duże jednostki piechoty i artylerii. Największa bitwa o utrzymanie przyczółka zwanego “warecko – magnuszewskim” rozgrywa się pod Studziankami. Nic do wyobraĽni nie dociera tak jak wspomnienia uczestników tamtych dni: WBBH IV/44/175 “(...)Do przeprawy służył prom a dopiero póĽniej most drewniany. Prom zbudowany był z połączonych pontonów, pokrytych deskami. Holowały go jakieś motorówki czy kutry i zabierał po dwa czołgi. Niedaleko był most pontonowy dla samochodów i piechoty. W czasie nalotów był rozsuwany. Po nalocie składano go z powrotem Rosjanie aby uchronić most wpadli na chytry pomysł żeby odciągnąć naloty niemieckiego lotnictwa. O dwa, trzy km w górę i w dół od mostu ustawili blisko brzegu brezentowe makiety czołgów i samochodów na które Niemcy rzucali się i zostawiali główną przeprawę w spokoju.



     Około 90% stanu brygady pancernej to ludzie religijni. W nocy przed wyruszeniem do walki domagali się spowiedzi. Walczyć było ciężko, zaopatrzenie w amunicję było dobre, ale w czołgach był potworny upał do 60 – 70 stopni. Pod hełmofonami włosy wypadały garściami. Jeść nam nawet , się nie chciało ale potwornie męczyło nas pragnienie. Piliśmy wodę z chłodnic silników-była ohydna i nie gasiła pragnienia Ja znalazłem jakieś bajorko w którym leżeli zabici Niemcy i nasi. Rozgarnąłem wtedy wodę i piłem.. Na skrzyżowaniu dróg stał rozbity niemiecki czołg i dwa działa, wszędzie walały się niemieckie trupy-jechało się po trupach... Dużo Niemców zginęło w samym folwarku. W stajni leżało chyba ze 30 trupów młodych Niemców 17 i 18 letnich. Musiał tu być jakiś szpital lub punkt opatrunkowy. Z ich strony było też wielu jeńców; mówili, że obiecano im po dwa tygodnie urlopu w Rzeszy jeśli zepchną Polaków do Wisły. Do niewoli dostawali się także Polacy siłą wcieleni do wojska niemieckiego. Niektórzy Niemcy, którzy dostali się do niewoli mieli strasznego pietra ale byli i tacy którzy pluli w twarz sanitariuszom ich opatrującym. W okopach o bohaterskich czynach Polaków informowały ulotki i “błyskawice” często pisane ręcznie atramentem. Rysunki malowano kredkami żeby było atrakcyjniej. Zanim taka ulotka przeszła przez wszystkie pododdziały była brudna i postrzępiona.”

     Zacięte walki rozgorzały wokół Studzianek. Dnia 10 sierpnia Brygada Pancerna im „Bohaterów Westerplatte” poniosła dotkliwe straty. W nocy zniszczony został pierwszy czołg o numerze taktycznym 112. Największe jednak straty tego dnia ponieśli czołgiści około godziny 16. W walce zniszczona została 3 kompania 1 pułku czołgów. Śmierć poniosło 16 czołgistów. Tak przebieg wypadków relacjonuje Mechanik kierowca czołgu 137 Piotr Osiowy. (WBBH): Stanęliśmy lesie na południe od Łękawicy. Tarajmowicz powiedział do mnie żebym dopilnował rozstawienia wozów i ich okopania. Nagle wpadł łącznik, Rosjanin z rozkazem aby kompania natychmiast uderzyła na cegielnię Studzienki. Podjechaliśmy na skraj lasu. Tam dowódcy i mechanicy wyszli aby obejrzeć teren. Była to otwarta przestrzeń. Nieco na prawo były jakieś drzewa i krzaki. Na polu stały kupki zboża. Gdy wróciliśmy Tarajmowicz powiedział do mnie: Rzucają nas na stracenie, pochopnie bez żadnego rozpoznania ale nie będziemy dyskutować bo to jest rozkaz. O lewe skrzydło możemy być spokojni. Tam są nasi ale przecież Niemcy też gdzieś są. Rosjanie mówią ze to sama piechota-sama nawet bez działek przeciwpancernych. Ja na to że bym się nie podjął. Podszedł do nas Gajewski i powiedział: Osiowy ma rację. Zaczęliśmy z Gajewskim medytować że trzeba by puścić jeden czołg i niech Niemcy do niego strzelają a my rozpoznamy ich stanowiska ogniowe. Stracimy jeden czołg ale uratujemy kompanię, zresztą możemy przecież strzelać ze skraju lasu i możemy uratować ten czołg. Możemy zmiękczyć wroga i dopiero do ataku. Tarajmowicz słuchał nas ale zadecydował inaczej. Gdy doszliśmy do czołgu powiedział: słyszałem tu różne propozycje ale rozkaz jest jasny. Będziemy atakować cegielnię. Trzecia kompania pokaże swoje. Jeśli zajmiemy cegielnię będziemy długo żyć. Grunt to nie łamać się, spokojnie bez nerwów. Odezwał się Dorotlew: trzeba się pożegnać. Na to Tarajmowicz: nie trzeba tow. Drotlew – będziemy się żegnać w Berlinie. W tym miejscu nie było żadnej radzieckiej piechoty ani artylerii. Nieco na lewo w tył od pola naszego pola ataku stały popalone radzieckie czołgi i działa pancerne. Wyruszyły do ataku kolejno maszyny 133 Trepaczko, 130 Gajewski, 135 Dackiewicz, 136 Gusłowski, 134Pilipijczenko i 130 nasz. Odległość między czołgami około 50 metrów. Po wyjściu z lasu na pole mieliśmy rozwijać się kolejno w prawo. Minęło ładnych parę chwil zanim przyszła kolej na nasz czołg. Zaledwie ruszyliśmy wyjechaliśmy na pole Niemcy zaczęli do nas prać z prawej strony i od czoła od cegielni. Powiedziałem Tarajmowiczowi: Trzepaczko dostał!!On: zwolnij! Usłyszałem huk wystrzału, gazu! Jednego mam. Ja do Tarajmowicza: Sławek Gajewski się pali. On znowu kazał mi zwolnić, strzelił i trafił w drugi niemiecki czołg czy też działo pancerne. Byliśmy wciąż jeszcze blisko lasu gdy usłyszałem w słuchawkach laryngofonu: zwiększyć szybkość! Minęliśmy płonący czołg Trzepaczki, który cofał się i ciągnął za sobą chmurę dymu. Widoczność miałem dosyć dobrą, jedynie przeszkadzało mi zboże. Znów usłyszałem: mniej gazu! Dackiewicz się pali!! Huk wystrzału-wtej chwili dostał Gusławski i zaczął się palić. Wyjechaliśmy już całkiem na wolną przestrzeń, zacząłem wykręcać w prawo i właśnie zapalił się przed nami piąty czołg. Tarajmowicz powiedział : daj mniej gazu, strzelił, dokończyłem zakręt i wtedy myśmy dostali. Spojrzałem do góry: wieża była w dymie. Rzuciłem się do Tarajmowicza. Leżał bez ruchu na dziale. Wyciągnąłem rękę i trafiłem na rozbitą pierś-ręka była cała we krwi. Obok dział siedział Górecki z krwawą miazgą zamiast głowy. Poczułem że czołg dostał drugi raz w zbiorniki. Ogień buchnął i zaczął dopiekać. Zobaczyłem że Stasia już nie ma i sam chciałem wyjść przez przedni luk kierowcy. Ogień poparzył mi ręce więc usiadłem na siodełku i zaparłem się nogami w płytę włazu ale się zacięła i ani drgnęła. W czołgu robiło się już niemożliwie więc skoczyłem w dół nogami w luk desantowy. Zawisłem na laryngofonie więc go zerwałem. Stasio wyciągnął mnie z czołgu za nogi upadłem z poparzonymi rękami. Mimo wszystko chcieliśmy jeszcze wrócić do środka po Tarajmowicza ale ogień ukazywał się już przez górny luk. Cofnęłiśmy się więc do tyłu. Zaczęła wybuchać amunicja. Z tyłu spotkaliśmy Pilipijczenkę i jego załogę. Reszta kompanii zginęła. Po kilku dniach w sztabie zobaczyła mnie Hanka(kulawa) i krzyknęła Osiowy ty żyjesz? I przyniosła mi gazetę gdzie byłem wymieniony wśród poległych na polu chwały w ataku 10 sierpnia 1944 roku. Potem jeszcze chodziłem z ocalonymi kolegami 3 kompani po polu bitwy. Czołgach z ludzi nie zostało prawie nic. Przeważnie popiół, który zsypywaliśmy do worków. Pod wrakiem czołgu Trzepaczki znaleźliśmy jego na wpół spalone ciało. Miał widać jeszcze tyle sił, aby wyjść z wozu, ale nie mógł się wyczołgać. Wewnątrz maszyny na miejscu kierowcy siedział zwęglony szkielet. Pole bitwy z dnia 10 sierpnia zostało poddane oględzinom. Jak wspomina Stanisław Drotlew Zlustrowany po walce plac boju z 10 sierpnia przedstawiał okropny widok. Oglądaliśmy dokładnie wraki naszych czołgów. Najbardziej wysunięte do przodu były czołgi: z prawej 131 ppor. Gajewskiego z dwoma trafieniami w wieżę. Z lewa do tyłu 135 chor. Dackiewicza: jedno trafienie w wieżę, dwa w burtę. Z ustawienia luf tych maszyn wywnioskowaliśmy że stojące przed nimi dwa czołgi panzer IV zostały zniszczone właśnie przez nich. Za czołgiem Dackiewicza stał stal wrak czołgu 136 chor. Gusławskiego: jeden pocisk w wieży jeden w jeden w burcie. Dalej schodami w lewo stały stały rozerwane czołgi Pilipijczenki 133, st. Sierż Trepaczki: jedno trafienie w wieże jedno w burtę i wreszcie ostatni w szyku czołg 130 por Tarajmowicza. Absolutnie wszystkie trafienia znajdowały się z prawej strony co świadczyło o roztrzelaniu ich z zasadzki zanim załogi mogły się należycie zorientować w sytuacji. Ślady na pobojowisku wskazywały że dwa uszkodzone czołgi Niemcy odholowali na tyły.

     W czasie walk o utrzymanie przyczółka warecko-magnuszewskiego w sierpniu 1944 roku, licznie brali udział żołnierze Armii Czerwonej. Ich straty były dosyć wysokie. Na podstawie liczby poległych, można wywnioskować o które miejscowości toczyły się najbardziej zacięte walki. Prochy poległych Rosjan przenoszono na zbiorczy cmentarz do Garwolina gdzie istnieje po dzień dzisiejszy. Warto również dodać, że niektórzy z nich zginęli z rąk swoich kolegów z NKWD w momencie cofania się pod naporem Niemców. Niektórzy zostali rozstrzelani za próbę dezercji. Jak wspomina jedna z mieszkanek gminy Grabów jedna z takich egzekucji miała miejsce pod Grabowską Wolą. Przyczyną było samookaleczenie się żołnierza(strzelił sobie w dłoń) w nadziei na odesłanie do szpitala. Oszustwo zostało wykryte a żołnierz rozstrzelany. Dół zasypano tak aby nie pozostał po nim ślad.

     Egzekucje za dezercje czy próby dezercji nie ominęły chyba żadnej armii. Nie mówi się o tym często bo jest to najczarniejsza z czarnych stron zmagań wojennych. Tym niemniej warto o tym wiedzieć.

     O ile o grobach Naszych żołnierzy czy Rosjan można się czegoś dowiedzieć to o grobach Niemców prawie nic. Nie można ich zlokalizować. Prawdopodobnie nie były one w żaden sposób oznakowane a nawet zrównane z ziemią. Tutejsi mieszkańcy doznali od Niemców wielu krzywd, dlatego nie dbali o ich groby. Dodatkową trudność w identyfikacji może sprawić fakt, że część żołnierzy niemieckich tuż przed pochówkiem nie posiadała na sobie żadnej odzieży w tym zapewne i tzw. nieśmiertelników.

     Na mocy porozumienia między Polską a Niemcami w całym kraju od kilku lat przeprowadza się akcje przenoszenia szczątków żołnierzy niemieckich na zbiorcze cmentarze. Pamiętajmy o tym że na terenie Niemiec są też cmentarze Polaków walczących tam w 1945 roku. Niemcy zobowiązali się do dbania o nie.

www.000webhost.com
Ostatnia aktualizacja strony: 2017/05/8Kopiowanie materiałów jedynie za zgodą autora!Created by: Hubertus